W końcu zrozumiał,
że jest sam,
że był sam,
że miał tylko siebie i że mógł się teraz śmiać lub płakać…
Ale dla siebie,
nie dla innych.W końcu wiedział: jego własna egzystencja nie była uzależniona od innych.
Odkrył, że musiał zostać sam, aby spotkać się z samym sobą…
Archiwum kategorii ‘Co sowie chodzi po głowie’
ale za to szopa była!
taka, co zaciągnęła mnie w przeszłość dosyć odległą
pamiętałam nawet jej zapach…
podobnie jak pamiętam zapach sklepu zoologicznego (o ile zapach sklepu ze zwierzątkami, rybkami i innymi stworzonkami można nazwać zapachem) z mojej rodzinnej miejscowości sprzed około ćwierć (sic!) wieku… w starusieńkiej kamienicy, w narożnym sklepiku, po kilku skrzypiących, spróchniałych schodkach w dół, w piwnicy mieścił się malutki sklepik zoologiczny z mnóstwem ptactwa wszelkiej maści rozsianym po ścianach, rybkami i TYM zapachem, którego nie zapomnę nigdy…, z latającą pod niewysokim sufitem lampką załadowaną maksymalnie 60 watową żarówką, z podłogą z surowego betonu lanego „na oko”, z kurzem wdzierającym się do nosa i gardła i ze starym dziadziem za quasi-ladą…
szopa została magiczna, jak była, sklepiku niestety już nie ma, nawet nie wiem, czy jeszcze stoi ta kamienica… marzy mi się, by móc tam wrócić jeszcze choć raz…
Jeżeli gdzieś jest niebo
Nie wiedziałam, że tak blisko
jest to wszystko,
to wszystko, o co chodzi…
Nie wiedziałam, że tej zimy
zatańczymy,
zatańczymy jak w ogrodzie…
Nie wiedziałam, że się ręce
z tego tańca
jak z wieńca
nie rozplączą,
nie wiedziałam, że się serca
nigdy więcej,
nigdy więcej nie rozłączą,
nie wiedziałam, że to można – tak bez tchu…
nie wiedziałam, że ja także będę Ewą,
nie wierzyłam, nie czekałam, nie przeczułam
w głębi snu,
że jeżeli gdzieś jest niebo,
to tu, to tu.Nie wiedziałam, że się serca tak ostudzą,
uwierzyłam, że umiera się parami,
nie wiedziałam, że się ludzie różnie budzą
jak okręty, nie te same, choć w tej samej wciąż
przystani…Nie wiedziałam, że to można – tak bez tchu…
Nie wiedziałam, że odfrunie, co się rzekło,
nie czekałam, nie cierpiałam, nie przeczułam
w głębi snu,
że jeżeli gdzieś jest piekło,
to tu.
Pozwoliłam sobie na umieszczenie jednego ze Słówek Boya Żeleńskiego, bo ostatnio prawie zupełnie nie trafiam na treści, które doprowadzają mnie do płaczu.
Ze śmiechu.
W wielu rzeczach świat po prostu
Jest podobny do loterii:
Nie wybierasz swego wzrostu
Ani swojej peryferii.
Tak byś wolał czy inaczej,
Chcesz być cienki, chcesz być gruby,
Rośniesz, jak ci traf przeznaczy,
Prima vista, ot, bez próby.
Nim się dowiesz, co potrzeba,
O proporcji i o formie,
Spadasz na świat prosto z nieba
W gotowiutkim uniformie.
Jakie system ten ma skutki,
Co wyrasta z tego dalej,
Powiedzmy to bez ogródki,
Widać – choćby po tej sali:
Jednemu policzysz kości,
Na drugiego znów tak padło,
Że aż kapie od tłustości,
Gdzie pomacać, samo sadło.
Jeden – krzywą ma łopatkę,
Drugi, losów tajemnicą,
Tu i ówdzie wdał się w matkę
I chodzi z damską miednicą;
Ta gładziutka jest jak chłopak,
Druga znowu – istna kukła,
Tamta wszystko ma na opak,
Tu jest wklęsła, tam wypukła -
Cały wyrób, bierz go czarci,
Ma fuszerki wszystkie cechy,
Widać – więcej śmy nie warci
Za paskudne nasze grzechy.
Głowy sobie Bóg nie suszy
Nad doczesnym naszym kształtem:
Dzieli po kawałku duszy,
A resztę kropi ryczałtem;
Z byle gliny, choć z zakalcem,
Lepi Stwórca ludzki potwór,
Potem, od niechcenia, palcem
Machnie jeden, drugi otwór,
Zesztrychuje z góry na dół,
Przyklepie cię po ciemieniu
I – marsz na ten ziemski padół
Służyć swemu przeznaczeniu.
Miły Boże! uważ przecie
W swej dobroci niesłychanej,
Toż my żyjem dziś na świecie
W wieku Sztuki Stosowanej!
Dziś, gdy cały świat ocenia,
Estetycznej wagę formy,
Stan ten jest nie do zniesienia
I wprost krzyczy o reformy!
Lada mebel dziś nam składa
Skończony – panie! – artysta,
A ten, który na nim siada,
Wygląda – ironia czysta!
To nam w końcu życie zbrzydzi;
Dziś człowiek dobrego tonu
Czasem się po prostu wstydzi
Wejść do własnego salonu!
Toż tam przecie siedzą w niebie
Rafaele czy Van Dycki,
Można by złożyć w potrzebie
Mały kursik estetyki…
Prosimy więc, dobry Boże,
Więcej smaku, więcej gracji,
I w twym ludzkim arcytworze,
Bogdaj trochę stylizacji;
Podnosim modły pokorne,
Niechaj twoja ręka szczodra
W linie wężowo-wytworne
Kreśli niewiast naszych biodra;
Niechaj matron naszych biusty,
Polskiego domu dostatek,
Zamiast kształtów glorii tłustej
Będą jako lilii płatek;
A cnota dziewic niewinnych,
O spraw to, panie nad pany,
Niech ma, zamiast wszystkich innych,
Zapach esencji różanej…
Tadeusz Boy Żeleński
Na stu ludzi
wiedzących wszystko lepiej
- pięćdziesięciu dwóch;
niepewnych każdego kroku
- prawie cała reszta;
gotowych pomóc,
o ile nie potrwa to długo
- aż czterdziestu dziewięciu;
dobrych zawsze,
bo nie potrafią inaczej
- czterech, no może pięciu;
skłonnych do podziwu bez zawiści
- osiemnastu;
żyjących w stałej trwodze
przed kimś albo czymś
- siedemdziesięciu siedmiu;
uzdolnionych do szczęścia
- dwudziestu kilku najwyżej;
niegroźnych pojedynczo,
dziczejących w tłumie
- ponad połowa na pewno;
okrutnych,
kiedy zmuszą ich okoliczności
- tego lepiej nie wiedzieć
nawet w przybliżeniu;
mądrych po szkodzie
- niewielu więcej
niż mądrych przed szkodą;
niczego nie biorących z życia oprócz rzeczy
- czterdziestu,
chociaż chciałabym się mylić;
skulonych, obolałych
i bez latarki w ciemności
- osiemdziesięciu trzech
prędzej czy później;
godnych współczucia
- dziewięćdziesięciu dziewięciu;
śmiertelnych
- stu na stu.
Liczba, która jak dotąd nie ulega zmianie.
Wisława Szymborska
Biorę do łóżka auto,
rakietę z kosmonautą,
pod głowę kładę misia,
buty kupione dzisiaj.
Lecz zawsze usnę najprędzej,
gdy rękę mamy mam w ręce.
J. Ratajczak
Musi być do wyboru.
Zmieniać się, żeby tylko nic się nie zmieniło.
To łatwe, niemożliwe, trudne, warte próby.
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare,
czarne, wesołe, bez powodu pełne łez.
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu, jedyna na świecie.
Urodzi mu czworo dzieci, żadnych dzieci, jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Słaba, ale udźwignie.
Nie ma głowy na karku, to będzie ją miała.
Czyta Jaspersa i pisma kobiece.
Nie wie po co ta śrubka i zbuduje most.
Młoda, jak zwykle młoda, ciągle jeszcze młoda.
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem,
własne pieniądze na podróż daleką i długą,
tasak do mięsa, kompres i kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy nie jest zmęczona.
Ależ nie, tylko trochę, bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha, albo się uparła.
Na dobre, na niedobre i na litość boską.



Główna

